Posiłki w podróży z dzieckiem, czyli jedzeniowe vademecum

Wątpliwość ŻYWIENIOWA. Element kulminacyjny podczas planowania podróży z dzieckiem. Nie byłam wolna od tych wątpliwości przed pierwszą azjatycką podróżą z Leonem. To punkt, który najzwyczajniej w świecie napełniał mnie trwogą. Do samego wyjazdu podsycany pytaniami (nie koniecznie moimi…): Co w trakcie azjatyckiej podróży dam 7 miesięcznemu dziecku do jedzenia? Co jeśli nie będą dostępne europejskie potrawy? Co z wodą? Co z bakteriami? Co z wszystkimi zjawami i potworami, które będą tam czyhać na jego żołądek i odporność? Czy będzie bezpieczny i niczym się nie zarazi?… Boże liściasty… Głowa boli, trwoga atakuje, a myśli obijają się po mózgownicy. Nie znalazłam na te pytania stuprocentowo pozytywnej odpowiedzi i zapewnienia, że wszystko zawsze będzie idealnie, bo idealnie nie bywa nawet wtedy, kiedy uziemieni siedzimy w domu. I tego zapewnienia nie mogę dać też Wam, bo zagrożenia najzwyczajniej w świecie występują. Występują zarówno w Polsce, jak i w trakcie każdej nawet najmniejszej podróży. Jedynie zdrowy rozsądek i odpowiednie postępowanie może ustrzec zarówno malucha, jak i nas samych przed żywieniowymi zagrożeniami. Kilka naszych zasad, które mogą okazać się pomocne w trakcie podróży.


Zasada 1:
podróżuj z niemowlakiem


Tak, tak! Nie ważne ile ma miesięcy (no dobra te 2-3 to takie minimum). Jeśli jako rodzic nabrałeś już nieco pewności siebie i czujesz, że z nowym członkiem rodziny znacie się na tyle dobrze, że odważysz się na pierwszą wspólną podróż to… ruszajcie. Z perspektywy czasu powiem wam, że chyba najłatwiej było podróżować kiedy Leon był jeszcze na tyle mały, że wystarczało mleko. A ponieważ karmiłam piersią, sprawa była jeszcze łatwiejsza. Zawsze i wszędzie mogliśmy na spokojnie zjeść. Leon miał niecałe 3 miesiące kiedy poleciał do Hiszpanii (o tej podróży możecie przeczytać w tym wpisie). To był żywieniowy raj, bez myślenia i kombinowania, co dać mu do jedzenia i picia, by było bezpiecznie. Wystarczała moja fabryka i jej produkcja, a miejsce do karmienia zawsze się znalazło. Dlatego zasada pierwsza brzmi: PODRÓŻUJ Z NIEMOWLAKIEM, bo po prostu jest wtedy najłatwiej, a Ty masz szansę powoli przyzwyczaić się do podróżowania z dzieckiem. O podróży samolotem z małym dzieckiem i o wszystkich strachach z tym związanych pisałam Wam we wcześniejszych wpisach – TU i TU.

Posiłki Leona na Wyspach Kanaryjskich – miał niecałe 3 miesiące

 


Zasada 2:
sprawdzone źródło


Zawsze, ale to zawsze pilnuj, abyście jedli w odpowiednich miejscach i z pewnych źródeł. Co mam na myśli? Podróże zagraniczne, a zwłaszcza te egzotyczne, niosą za sobą ryzyko zakażenia różnymi chorobami, m.in. żółtaczką pokarmową, czyli WZW A. Do zakażenia tym typem żółtaczki może dojść podczas: spożycia zakażonej żywności lub wody. Dlatego niestety, ale jedzenie owoców i warzyw prosto z targu, albo od ulicznych sprzedawców, czy spożywanie posiłków z przydrożnych i obwoźnych wózków (m.in w Azji), czy jedzenie w wątpliwych barach i restauracjach niesie za sobą spore ryzyko. Oczywiście mam świadomość tego, że w podróży ciężko odmówić sobie nowych smaków i nie przeczę, że zanim Leon pojawił się na świecie, jedliśmy w różnych naprawdę dziwnych miejscach, o których śmiało możemy powiedzieć, że gdyby przenieść je do Europy to pewnie nigdy nie byłyby dopuszczone do działania przez polski SANEPID. Obecnie nabraliśmy nieco ostrożności, dokonujemy rozsądnych wyborów, ale jednocześnie nie popadamy w paranoję:). Jeść w trakcie podróży musimy i jeść musi też Leon.

W wieku 7 Leonowych miesięcy zdecydowaliśmy się na pierwszą podróż do Azji: Hong Kong, Indonezja i Malezja. Poza karmieniem piersią rozpoczęliśmy już wtedy rozszerzać dietę. Przyznam, że żywieniowo obawiałam się mocno tej podróży. Dlatego podjęliśmy decyzję, że nie będziemy mieszkać w hotelach, a będziemy wynajmować mieszkania prywatne. W ten sposób mój spokój został zachowany:). Kupowałam w miejscowych sklepach przeróżne produkty i gotowałam posiłki dla Lelka (np. makaron ryżowy, brokuł i tofu). Smakował. Próbował i cieszył się nowymi smakami, on nie potrzebował jeszcze dużo, a ja czułam się bezpiecznie. Jednak w miejscach, w których czuliśmy, że jest bezpiecznie dawaliśmy mu do posmakowania także jedzenie restauracyjne. Oczywiście jeśli Wasze maluchy rozszerzanie diety rozpoczęły od tzw. słoiczków to odpowiedni ich zapas na podróż i hotelowe warunki też są jak najbardziej OK. Każdemu w tej kwestii według potrzeb.

Bali i Hong Kong testujemy smaki – Leon miał 7 miesięcy

 


Zasada 3:
unikaj lodów, lodu w napojach i wody z niesprawdzonych źródeł


To jest coś czego pilnujemy naprawdę mocno. Na wyjazdach wodę pijemy tylko butelkowaną. Przyznam szczerze, że nawet do mycia i płukania zębów w trakcie podróży używamy wody kupowanej w sklepach. W trakcie podróży (zwłaszcza tych egzotycznych) nie jemy też lodów sprzedawanych na gałki, a zamawiając napoje i wyciskane soki zawsze mówimy by były bez lodu i dodatku wody. Zrezygnowaliśmy też z jedzenia i picia z obwoźnych wózków. Wolimy chuchać na zimne, bo jakoś ciężko nam wyobrazić sobie połączenie zatrucia pokarmowego, któregoś z nas w trakcie podróży, z opieką nad biegającym dzieckiem, które wszędzie chce wejść i wszystko zobaczyć. Zdecydowanie wolimy odmówić sobie lodów i owoców krojonych na targach, niż przeżyć ten koszmar.

 


Zasada 4:
daj próbować nowych smaków swojemu dziecku


To, że Ty czegoś nie lubisz, nie oznacza, że Twój maluch też będzie miał te same smaki. Jeśli nie chcesz mieć problemów w podróży, przedszkolu i poza domem to po prostu daj swojemu dziecku smakować innej kuchni poza kuchnią Twoją i kuchnią jego Babć. W ten sposób jest szansa, że wiele smaków będzie dla niego interesujących, a nie tylko pomidorowa i naleśniki robione przez Ciebie. Leon w wieku 7 miesięcy pił sok prosto z kokosa na Bali i zajadał się tofu w Hong Kongu, w wieku 14 miesięcy rozsmakował się w mięsie kraba na Kubie i popijał zupę z owoców morza z ośmiornicą. Podczas, gdy jedna z jego Babć na słowo sushi dostaje drgawek On w wieku 17 miesięcy próbuje operować pałeczkami i wydłubuje co lepsze kąski. Dlatego przyjmij zasadę, że próbujecie wszystkiego. Jest szansa, że uchroni Was to przed problemami żywieniowymi w przyszłości.


Zasada 5:
weź zapas słoiczków i tubek z musami


W wieku 14 miesięcy byliśmy razem z L. na Kubie. Tu dorósł już do etapu, w którym jedzenie, pojawiające się na naszych talerzach musiało  lądować w jego buzi. Nie szło inaczej… próbował tego co jedliśmy my. Zupę z owoców morza, mięso kraba, miejscowe ryby i dania z makaronem. Szukaliśmy jedynie schludnych, czystych i dobrze wyglądających miejsc, a zamawiając mówiliśmy, że to dla dziecka. Zawsze podpowiadano nam co warto mu dać, a czego nie i uważano z przyprawami. W trakcie tej podróży mieliśmy jednak ze sobą w zapasie trochę słoiczków z gotowymi daniami. Przydały się. Leon nie jadł już mojego mleka, więc w grę wchodziły tylko stałe potrawy. Nie zawsze  mieliśmy jednak czas i możliwości na restauracyjne siedzenie i powolne konsumowanie. Wtedy w ruch szły gotowe dania z naszych zapasów. Jeśli chcesz podróżować z dzieckiem, to to rozwiązanie zwyczajnie czasem może okazać się zbawienne. Powinniście zabezpieczyć się odpowiednim zestawem na podróż. Tą zasadę zastosowaliśmy dopiero w trakcie podróży na Kubę, czyli kiedy Leon miał 14 miesięcy. Przemieszczaliśmy się tam autobusami, wiedzieliśmy, że mogą być momenty newralgiczne w których Leon poczuje głód akurat wtedy kiedy nie będziemy mieli szansy zjeść posiłku w domu lub restauracji, więc musieliśmy go zwyczajnie zabezpieczyć. Kilka razy w trakcie podróży słoiczki uratowały nam życie. Inna ważna rzecz odnośnie słoiczków to to, że nie w każdym miejscu będą one dostępne. Dlatego, spróbujcie wcześniej przeczesać Internet w poszukiwaniu tej informacji odnośnie kraju do którego się wybieracie. Na przykładzie podróży na Kubę powiem wam, że gdybyśmy nie wzięli słoiczków z Polski mielibyśmy naprawdę duży problem. W trakcie całej podróży udało nam się bowiem znaleźć (wykopać z podziemi) tylko dwa sklepy, które miały dosłownie kilka słoiczków z deserami owocowymi, bez szans było jednak znalezienie potraw obiadowych.

 


Zasada 6:
wyposażenie


Szczerze? Nie ruszamy się bez jednego gadżetu dosłownie nigdzie – mata Tidy Tot – pisałam już o niej we wcześniejszym wpisie. Moje zdrowie psychiczne chyba by znacznie ucierpiało, gdybym w odpowiednim czasie nie odkryła jej istnienia. To jest mój TOP 1 rozszerzania diety i bez niego żyły bym sobie podcięła i przeszła na tradycyjną metodę chyba po pierwszym dniu rozszerzania diety metodą BLW. Mata jest stosunkowo droga, ale naprawdę warta swojej ceny. Śliniaczek schnie szybko, mata jeszcze szybciej, a do tego jest kompaktowa i łatwa do spakowania jako bagaż. W związku z intensywnym użytkowaniem tej maty miałam też bezpośredni kontakt z producentem, który zgłoszenie wady uznał w sposób nieprawdopodobnie szybki i bez okazywania paragonu, na swój koszt, następnego dnia wysłał mi nowy produkt z Anglii. Tym bardziej polecam, bowiem na własnej skórze przekonałam się, że producent bardzo dba o jakość produktu.

Jeśli lecimy gdzieś dalej i nasz bagaż wymaga dopychania kolanem to sporadycznie zamiast maty zdarza nam się zabrać śliniak i sztućce. Choć przyznam, że z matą mamy więcej spokoju podczas posiłków i nasza konsumpcja trawa zdecydowanie dłużej.


Zatem wyłączcie komplikatory, zapakujcie bagaż, wyposażcie się odpowiednio i ruszajcie w trasę.



Dodaj komentarz