Mamo, Tato lecę… – czyli dziecko na pokładzie samolotu!

Ciarki po plecach przebiegają Ci na wspomnienie dzieci płaczących w samolocie? Do tej pory przed oczami masz miny rodziców, skłonnych zapaść się pod fotel? A może nie przypominasz sobie nic takiego, ale wszyscy wokół napawają cię lękiem przed podróżą samolotem z dzieckiem? A może wręcz odwrotnie jesteś laikiem w temacie, bo sam nigdy nie leciałeś? A nawet jeśli Ci się to zdarzyło to nie zwracałeś uwagi na udogodnienia dla rodziców z dziećmi? Zastanawiasz się czemu pierwszy lot z dzieckiem niemal w każdym rodzicu wzbudza tak samo wiele niepokoju i pytań? Jak sobie z nimi poradzić, co wiedzieć, by ułatwić sobie i maluchowi tą chwilę? Spokojnie. Nie musi być tak źle. Weź głęboki oddech i nastaw się pozytywnie.

Przyznaję, też przez to przeszłam. Zdecydowaliśmy się na pierwszą wspólną podróż samolotem (6 godzinny lot), kiedy nasz Syn miał nieco ponad dwa i pół miesiąca. Pomimo setek godzin spędzonych przez nas na pokładach różnych linii lotniczych, nie do końca wiedzieliśmy czego możemy spodziewać się w trakcie lotu po tak małym organizmie. W końcu to zupełnie co innego niż nasze ciała. Dlatego pytania mnożyły się same. Dziś 9 miesięczny Leon ma za sobą już 12 lotów, w tym kilka trwających nawet ponad 12 godzin i z naszej perspektywy – strach ma po prostu wielkie oczy. Oczywiście, że wiele zależy od dziecka. Nie neguję tego. Jednak naprawdę, z ręką na sercu przyznam, że tylko podczas jednego startu nasz Syn płakał. Płakał, bo było mu zwyczajnie za ciepło, w spodniach i kilku warstwach z długim rękawem.  Ot, taki trywializm. Jemu było za ciepło, a nam wydawało się, że zmarznie od klimatyzacji w samolocie. On w naszych oczach „zamarzał”, a my siedzieliśmy w krótkich rękawkach. Nie dziwię się, że się wściekł. Też bym się wściekła. Gdzie była nasza logika i czemu zawiodła?


Co najczęściej wzbudza niepokój?


  1. Zmiana ciśnienia

Dorosły, z faktem tym, radzi sobie w bardzo prosty sposób, przełykając ślinę, żując gumę lub ssąc cukierka. Starszemu dziecku wystarczy dać coś do zjedzenia lub picia. Jednak w przypadku kilku miesięcznego malucha musimy podać mu gotowe rozwiązanie. Dlatego, najłatwiej jest w trakcie startu i lądowania (kiedy zmiana ciśnień jest największa) po prostu podawać płyny – mleko mamy, mleko modyfikowane, czy po prostu wodę lub inny płyn. Jak inaczej wyrównywać ciśnienie u malucha? Za pomocą smoczka. Ssąc smoczek w sposób naturalny dziecko zbiera i przełyka ślinę. Zasada w przypadku niemowląt jest jednak jedna, warto dobrze zaplanować karmienie. Głodny maluch, którego brzuszek zapełni się ciepłym mlekiem + szum samolotu = spokojny sen. Jeśli jesteś mamą karmiącą piersią jedna dodatkowa rada – niemowlaki wyczuwają mleko mamy jak misie miód, dlatego jeśli nie podróżujesz sama, to warto, żeby na lotnisku i przed wejściem na pokład maluszka trzymał ktoś inny. Jest szansa, że unikniecie wtedy jego rozdrażnienia.

  1. Pasy bezpieczeństwa 

Pamiętam, że przed pierwszym lotem sen z powiek zabierała mi kwestia zapięcia pasów i jednoczesnego karmienia piersią. Ale spokojnie. Pas dla dziecka skonstruowany jest tak, że umożliwia niemal wszystkie czynności. Dziecko może jeść, spać, bawić się na kolanach rodzica. Z technicznego punktu widzenia wygląda to tak, że pas dziecka zakłada/przypina się do pasa rodzica. Ładnie widać to na zdjęciu, które zamieściłam obok. Leon trzyma swój pas dłonią, a pod jego pleckami jest on wsunięty w mój pas. To powoduje, że zapięcie jest bezkolizyjne i nawet jeśli dziecko zaśnie, tak jak Leon na tym zdjęciu, to nic go nie uciska i może spokojnie odpoczywać. Jednocześnie pas jest na tyle mobilny, że udawało nam się bez jego odpinania zmieniać strony podczas karmienia i przystawiać do obydwu piersi. A kiedy Leon podczas startu, czy lądowania nie miał ochoty na mleko, to po prostu siedział na moich kolanach, popijał od czasu do czasu wodę i bawił się zabawkami. Ze starszymi dziećmi jest nieco gorzej, ale nadzieja w tym, że ich ciekawość zwycięży i dadzą radę grzecznie siedzieć choćby podczas startu i lądowania. Wymaga to już nieco gimnastyki ze strony rodziców, ale niemal wszystkie chwyty są dozwolone. U nas jak na razie sprawdza się jedzenie – wszelkie obiadki, tubki i przekąski do ręki, powodują że nasze dziecko jest w stanie wysiedzieć chwilę dłużej w miejscu. Ciekawostkę w kwestii pasów bezpieczeństwa dla dzieci jest fakt, że niektóre linie lotnicze w ogóle ich nie dają (AirCanada), a niektóre pozwalają trzymać dziecko w nosidle turystycznym zamiast przypinać je pasem (LOT).

  1. Sen dziecka 

Łóżeczko turystyczne sprawdza się na dłuższych lotach. Większość linii lotniczych na dalekich trasach posiada ten element wyposażenia samolotu (koniecznie potwierdźcie to ze swoim przewoźnikiem), jednak z doświadczenia podpowiem, że wykupując bilet warto sprawdzić czy łóżeczko nie musi być rezerwowane za dodatkową opłatą. Pamiętajcie też, że podczas startu, lądowania i niespodziewanych turbulencji związanych z sygnałem zapiąć pasy, nasze dziecko musi być wyjęte z łóżeczka i przypięte do nas zwykłymi pasami. W praktyce oznacza to, że obsługa montuje łóżeczko dopiero po starcie samolotu i demontuje przed rozpoczęciem lądowania. Pamiętam, że mój niepokój przed pierwszym lotem międzykontynentalnym, na którym używaliśmy łóżeczka, wzbudzała kwestia żywotności naszego Synka i związanych z tym obaw, że nie usłyszę kiedy się obudzi i… wypadnie z łóżeczka. Jednak spokojnie, w łóżeczku maluch również przypięty jest pasami, co powoduje, że i dziecko i rodzic może spokojnie spać. Na zdjęciu możecie zobaczyć łóżeczko używane w liniach lotniczych Lufthansa. Dla planujących lot tymi liniami dodatkowa rada: łóżeczko jest na tyle twarde, że warto jego dno wyłożyć poduszkami od stewardess. Pamiętajcie też, że każde linie lotnicze mają swoje zasady m.in te dotyczące wieku dziecka, które może korzystać z łóżeczka w samolocie. Na przykład Air Canada restrykcyjnie podchodzi do tematu i dziecko starsze niż 6 miesięcy, które zaczyna samodzielnie siadać nie ma takiej możliwości. Dlatego warto zawsze dopytać swojego przewoźnika. Co zatem jeśli nasze dziecko jest zbyt duże na korzystanie z łóżeczka w samolocie? Rozwiązań jest kilka i z tego co widziałam rodzice wykorzystują wszystkie z nich. Może spać na nas samych, może też spać na podłodze pod naszymi nogami na rozścielonych przez nas rzeczach, albo może też spać w hamaku zrobionym z chusty, która zawiązana jest za zagłówkami foteli. To ostatnie rozwiązanie stosują mamy, które na co dzień chustują swoje dzieci.

  1. Chodzenie po samolocie

Jeśli tylko pilot na to pozwala, a co za tym idzie nie ma sygnalizacji zapiąć pasy możecie chodzić po samolocie i zaspokajać ciekawość młodego człowieka. Dlatego dla mnie numerem jeden każdej podróży, ba nawet każdego wyjścia z domu jest chusta tkana lub nosidło ergonomiczne. Nie wyobrażam sobie bez tego elementu naszego codziennego życia. Od urodzenia nosiliśmy Leona w ten sposób. Zaspokajało to jego potrzebę bliskości, a nam ułatwiało wykonywanie codziennych obowiązków, spacerowanie i podróżowanie. Najpierw używaliśmy chusty tkanej, a później kiedy Leon stabilnie usiadł zmieniliśmy ją na nosidło wykonane z chusty. Te elementy zawsze towarzyszyły nam w samolocie i bez obaw wędrowaliśmy w ten sposób z Leonem po pokładzie kiedy nie chciał już siedzieć na kolanach, albo kiedy nie mógł zasnąć.

  1. Wózek

W większości przypadków linie lotnicze nie traktują go jako dodatkowego bagażu, więc nie trzeba za wózek dodatkowo płacić (koniecznie potwierdźcie to ze swoim przewoźnikiem). Przy odprawie najczęściej jest po prostu zadawane pytanie, czy wózek składa się z jednego, czy z dwóch elementów (np. stelaż i gondola) i czy chcemy go zdać wraz z bagażem głównym, czy dopiero przed wejściem na pokład samolotu. My zawsze stosujemy tą drugą opcję. W zależności od godzin lotu, jego długości i tym podobnych parametrów czasem wolimy, by Leon na lotnisku podróżował w wózku, bo jest wtedy zdecydowanie łatwiej ogarnąć bagaże i jego samego, a czasem wolimy by jego małe nóżki odpowiednio dużo nachodziły się przed wejściem na pokład samolotu, bo daje to sporą szansę dłuższego snu z jego strony. Jednak zawsze wózek jest razem z nami, aż do wejścia na pokład samolotu. Do tej pory ten system sprawdza się nam znakomicie.

  1. Temperatura w samolocie.

Wbrew pozorom nie taki diabeł straszny. Na początku lotów z maluchem ogromnie stresowała nas klimatyzacja w samolocie i prawie skłonni byliśmy ubierać go jak na jesienny spacer. Jednak po jednym z lotów, gdzie z przegrzania wpadł w najprawdziwszą furię podchodzimy do tematu dużo spokojniej. Pamiętajcie, zwłaszcza jeśli lecicie do ciepłych krajów, że temperatura w samolocie podczas boardingu na miejscu bywa zazwyczaj dużo wyższa niż już podczas samego lotu i łatwo jest jeszcze przed startem mocno zdenerwować małego człowieka, a wtedy nie ma litości i ani mleko mamy, ani tulenie długo nie pozwala na uspokojenie nerwów. Dlatego ubierajcie z umiarem. Co to znaczy? W naszym przypadku sprawdza się ubieranie na tak zwaną cebulkę: bluza, body z długim rękawem, spodenki i skarpety, a do tego kocyk do przykrycia. Wtedy jeśli tylko czujemy, że robi się nerwowo i obywatel zaczyna niebezpiecznie postękiwać zaczynamy od ściągnięcia skarpet i spodenek, pozostawiając go w body na długi rękaw i przykrywając kocykiem. Zdarzało się również, podczas lotów po Azji, że Leon podróżował jedynie w body z krótkim rękawkiem. Sytuacja ma się zupełnie inaczej podczas długich lotów międzykontynentalnych wtedy ubiór na cebulkę okazuje się odpowiedni, a czasem nawet przydaje się jakiś drobiazg do zasłonięcia karku.

  1. Przewijak 

Powinien być w każdym samolocie. Jest to rozkładany kawałek plastiku umiejscowiony nad samą toaletą. Niestety, ale WC w samolotach są naprawdę niezwykle małe, więc przewinięcie dziecka w tych warunkach jest niezłą ekwilibrystyką. Potrzeba wymusza na człowieku różne umiejętności, więc i z tym sobie poradzicie. Pamiętajcie jednak by malucha przewinąć tuż przed wejściem na pokład samolotu, zawsze to chociaż jedna zmiana pieluchy mniej, a przy krótkich lotach istnieje nawet szansa, że nie będziecie musieli w ogóle korzystać z przewijaka w samolocie. Znacznie łatwiej to po prostu zrobić na ziemi, niż w bujającym samolocie, z rozbrykanym małym człowiekiem na pokładzie.


 

Jedna myśl na temat “Mamo, Tato lecę… – czyli dziecko na pokładzie samolotu!

Dodaj komentarz