9 dni na Kubie z 14 miesięcznym dzieckiem – co zobaczyć?

No tak, w tak krótkim czasie wszystkiego zobaczyć się nie da i choć każdą naszą podróż chciałabym z tych kilkunastu dni wydłużyć do kilkudziesięciu to jednak nawet 9 dni na Kubie może być całkiem przyjemnym odkrywaniem tego kraju. Pozwoli bowiem liznąć klimatu Starej Hawany, wsłuchać się w rytm muzyki granej na żywo, spróbować prawdziwego kubańskiego mohito, najeść się do syta owoców morza i tropikalnych odmian papai, guawy, czy bananów. Pozwoli też wybrać się poza Hawanę i zobaczyć kolory prawdziwych Karaibów, turkusowy ocean, zachody słońca i plaże ciągnące się kilometrami.

Co jednak my zobaczyliśmy na Kubie w ciągu tych 9 dni podróżując z małym, bo 14 miesięcznym dzieckiem? Po kilku pierwszych dniach zachwytu Hawaną ruszyliśmy miejscowymi autobusami w ten socjalistyczny kraj i poczuliśmy się naprawdę jak przeniesieni w czasie przynajmniej o jeden wiek.


DZIEŃ 1-2-3

H A W A N A


Szczerze polubiliśmy klimat tego miasta, a zwłaszcza Starą Hawanę, w której zdecydowaliśmy się na nocleg. To miasto jest dokładnie takie jak sobie wyobrażaliśmy. Jego klimat tworzą dzieci grające na środku ulicy w piłkę nożną, głośna kubańska muzyka na każdym rogu, ludzie przesiadujący na progach kamienic na bujanych fotelach i stare auta. Urzekli nas też Kubańczycy grający w domino, którzy szybkimi ruchami wyciągali kolejne elementy drewnianych klocków. Hawana ma swój klimat i nie da się jej tego odebrać.

Do Hawany dotarliśmy po 48 h podróży i na dodatek dopiero o 1 w nocy. I jak na złość, nasz Syn nie przewidział w swoim rozkładzie snu zmiany czasu, która nastąpiła od naszego wylotu z Polski i ku naszemu szczeremu przerażeniu rozpoczął swój pierwszy dzień na Kubie o godzinie 3 w nocy. W ten oto sposób, choć naprawdę szczerze tego nie chcieliśmy, otrzymaliśmy sporo dodatkowego czasu na eksplorowanie miasta. Nasze organizmy wołały o kawę, nogi się plątały, ale wędrowaliśmy po Starej Hawanie, przysiadając co chwilę w kafejkach na świeżo wyciskane soki, przyglądaliśmy się ludziom i chłonęliśmy to miasto wszystkimi zmysłami. Byliśmy przez te dwa dni na nadmorskim deptaku, zgubiliśmy się w Starej Hawanie i dotarliśmy do Muzeum Rewolucji, aby trzeciego dnia rozpocząć przejazd do Trynidadu. Na ten odcinek poświęciliśmy prawie cały dzień, bo trasa Hawana-Trynidad zajmuje niemal 7 h – jeśli chcecie ją pokonać autobusem firmy VIAZUL. Więcej o środkach transportu na Kubie pisaliśmy tutaj.


DZIEŃ 4-5

T R Y N I D A D    i    P L A Y A   A N C O N


Wow! Jak to dobrze, że małe dziecko, nawet na urlopie, potrafi wstać o 5 rano. Dzięki Leonowi zobaczyliśmy to budzące się do życia miasteczko o wschodzie słońca. I gdyby nie świadomość, że pchamy przed sobą wózek zdecydowanie niepasujący do rzeczywistości, to czulibyśmy się jak przeniesieni w czasie. Trynidad, to mała mieścina zatrzymana w XIX wieku. Są tu sklepy, restauracje, turyści i cały związany z nimi przemysł, ale konie na ulicach – zwłaszcza o poranku, dorożki jak ze starych filmów i ganki domów pełne leniwie bujających się na fotelach Kubańczyków sprawiają, że w Trynidadzie naprawdę można poczuć, że się odpoczywa. Trynidad potrafi po prostu oczarować, a aby obejść najważniejsze punkty w mieście wystarczy godzinny spacer brukowanymi ulicami.

Jeśli jesteście spragnieni Internetu to kupując kartę możecie na głównym rynku korzystać z wi-fi. Śmiesznie wygląda spacer w to miejsce zwłaszcza wieczorową porą, kiedy wszystkie ławeczki i murki zajęte są przez wyposażonych w telefony i tablety ludzi.

Z głównego rynku możecie też złapać tzw. taxi colectivo na Playa Ancon lub w inne miejsce. Wystarczy po prostu zaczepiającym was taksówkarzom powiedzieć, że interesuje was ten typ transportu i po kilku minutach oczekiwania sami znajdą inne chętne na przejazd z Wami osoby.

No a sama Playa Ancon to po prostu plaża jakich wiele w miejscach turystycznych. Nie zauroczyła nas i nie zachwyciła. Co prawda woda miała piękne kolory, ale poza tym nic spektakularnego. Plaża jest w pełni wyposażona, ma całą infrastrukturę tzn. leżaki, parasole, bary, toalety itp., więc jeśli jesteście typem turystów, którzy właśnie tego szukają na urlopie to czemu nie?


DZIEŃ 6-7-8

P L A Y A    L A R G A


Kiedy byliśmy mali, jeździliśmy z rodzicami na wakacje do Krzyni – nad jezioro i do Rowów – nad morze. I przyznam szczerze, że w Playa Larga odżyły nasze wspomnienia z dzieciństwa. Drewniane domki i kwatery prywatne. Śniadania na tarasie. Poranne spacery nad ocean i podsypianie na ręczniku kiedy tylko pozwalał na to czas. Playa Larga jest małą mieściną, która dosłownie usiana jest licznymi kwaterami prywatnymi, czyli casa particulares. Co drugi dom to miejsce noclegowe dla turystów. Jest tam mimo to spokojnie i swojsko. Jak w malutkiej nadmorskiej miejscowości. Mieliśmy wrażenie, że po kilku dniach znamy tam już wszystkich przynajmniej z widzenia.

Mieszkając w Playa Larga wybraliśmy się też na jednodniowy wypad w okolice Cueva de los Peces, czyli jaskini ryb. Droga do tego miejsca była nieprawdopodobna ponieważ polegała na jeździe pomiędzy wędrującymi drogą krabami. Nasz Ford z 1948 roku radził sobie doskonale choć było to doświadczenie z pogranicza horroru, bowiem nie ma możliwości, by momentami gęsto usiane na drodze kraby ocalały. Sama jaskinia, o której wcześniej naczytaliśmy się wiele, nie była najciekawszym doświadczeniem. Mętna woda sprawiała wrażenie nieprzyjaznej i budziła w myślach demony. Dlatego zdecydowaliśmy się na pływanie po drugiej stronie ulicy nad samą zatoką, gdzie bez problemu wypożyczyliśmy sprzęt do snorkelingu i delektowaliśmy się przepięknym błękitem wody.


Dodaj komentarz